Wczesnym rankiem budzą mnie przenikające przez drgającą żaluzję promienie słoneczne. Przecieram delikatnie oczy i już wiem, że to będzie dobry dzień. Dobry bo spotkam tę dwójkę, dwójkę która zmieniła moje życie. Dwójkę, o której większość może sobie tylko pomarzyć i nie mówię tak, ze względu na to że się przyjaźnimy. Bo to o wiele więcej niż przyjaźń... są jak rodzeństwo i choć w naszych żyłach nie płynie ta sama krew nasze dusze są ze sobą powiązane.
Ochoczo wstaje z łóżka i z prędkością światła przedostaje się do szafy, która wypełniona po brzegi jest ciuchami- mniej lub bardziej lubianymi. Po kilku minutach postanawiam założyć niebieską bluzę i jasne jeansy .Przeczesuje włosy i zbiegam po schodach do kuchni gdzie siedzą zajęci swoim życiem rodzice. Tata jak zawsze w ręku trzyma świeże wydanie New York Times'a, a mama w telefonie wklepuje kolejne polecenie dla swoich pracowników. "Jeszcze chwila i ja też będę kolejnym numerem w jej pager'ze będzie mi wysyłać te swoje powiadomienia, a w dzień matury nawet nie będzie życzyć powodzenia"- pomyślałam i z wszystkich zebranych witam się tylko z siedzącą w swoim ulubionym fotelu Eve.
Zaraz potem z lodówki wyciągam poziomkowy jogurt w butelce i bez żadnych wyjaśnień opuszczam dom. Do uszu wkładam słuchawki i słuchając jednej ze swoich ulubionych piosenek mijam na wąskim chodniku 'bez twarzowych' ludzi, którzy nie wyróżniają się niczym. Dla mnie wszyscy są tacy sami. Spieszą się nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co; i przypuszczam, że i oni nie wiedzą. Są zbyt zabiegani aby zastanawiać się nad sensem życia, jeśli w ogóle jakiś ma. Nie mają czasu by dostrzec piękno promieni słonecznych w środku zimy... nie zachwycają się ubranymi w biały puch drzewami, nie zatrzymują się przy kapliczkach, aby zmówić modlitwę z prośbą o dobry dzień. Mają w ręku dar życia, ale nie pozwalają aby ich dusze żyły. Są więźniami we własnych ciałach, którzy mają klucze, ale wcale nie chcą opuszczać- najwidoczniej- wygodnego miejsca odosobnienia, w którym okno na świat jest oszronione. Patrzą, ale nie widzą. Słuchają ale nie słyszą. I wtedy zadaje sobie w głębi duszy pytanie "Dlaczego ja jestem inna? Dlaczego tak bardzo różnie się od reszty ludzi, których właśnie mijam?". I chwile później chyba znam odpowiedź na pytanie bo zza ściany okrytej lodem wyłaniają się dwie postacie, które tak bardzo ubarwiają moje życie. Myślę że cała nasza trójka jest cudownym dopełnieniem czegoś, czego jeszcze nie potrafię określić, to rodzaj jakiejś niesamowitej magii i nie mówię tutaj wcale o wróżkach, trollach i innych nie Boskich stworzeniach. Mam chyba na myśli więź, która jest spleciona węzłem, którego nawet czarodziejka nie jest w stanie rozwiązać zaklęciem.
Z rozmyśleń wyciąga mnie przeraźliwy pisk dwóch osób, które z ogromną prędkością biegną w moją stronę.
Z rozmyśleń wyciąga mnie przeraźliwy pisk dwóch osób, które z ogromną prędkością biegną w moją stronę.
-Bailey! Krzyk, nagłe przebudzenie z zimowego snu przechodniów i odbity w śniegu rys naszych sylwetek.
-Wariaci- żyje z wariatami, mówię otrzepując rękawy kurtki.
-Ale najwspanialsi na świecie! Mówi Liz wytrzeszczając maksymalnie zęby.
-To gdzie dziś idziemy? Pyta licząc na odpowiedz. Idziemy przed siebie zwracając uwagę przechodniów, tych którzy nadal nie bardzo mają chęć sięgnąć po klucze i uwolnić się z własnych sideł. Po dwudziestu minutach marszu siadamy na ławce w pobliskim parku. Parku w którym bawią się dzieci, które jeszcze nie zaznały zła tego świata. Nie ma już tutaj dorosłych, którzy niegdyś przychodzili, aby odpocząć od codzienności. Nie ma tych wszystkich rodzin, które zabijały się o miejsce w kolejce po koktajle owocowe. I to nie tylko dlatego, że jest zima. Wszystko przez to, że dla ludzi znacznie bardziej liczą się teraz te wszystkie materialne błyskotki, nowe samochody i coraz to nowocześniejsze wnętrza domów. Gdzieś pomiędzy stertą pieniędzy zapodziała się czułość i troska o rzeczy ważne, które nie zapakowane z powrotem do serca umknęły niechciane.
-Czy ty skończysz wreszcie myśleć? Zagaja Jack i rzuca we mnie sporej wielkości kulą za śniegu.
-Teraz to pożałujesz! Wykrzykuję i chcąc trafić w niego, trafiam w przechodzącego obok chłopaka, który pod wpływem niespodziewanego uderzenia pada na ziemię.
-Oooo mój Boże! Ja... Ja bardzo przepraszam, to nie celowo, mówię pod wpływem nerwów, a on z uśmiechem otrzepuje twarz. I przysięgam na wszystko, że to jest najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałam. On rozbawiony całą sytuacją przypatruje się mi.
-Coś ze mną nie tak? Pytam zażenowana.
-Nie, nic ale chciałbym wskazać, że siedząc na mnie uniemożliwiasz mi wstanie, a wiesz śnieg jakoś szczególnie przyjazny nie jest i moczy mi ubranie. No ładnie. Większej wtopy chyba nie mogłam sobie zafundować, słyszę teraz tylko dwójkę przyjaciół, którzy o mało co nie składają się ze śmiechu.
-W ramach przeprosin zapraszamy do kina stary, no i sorry że oberwałeś za mnie, mówi Jack podając nieznajomemu rękę, a ja nie dowierzam. Mam spędzić z tym niewiarygodnie, nieziemsko, cudownie przystojnym kolesiem popołudnie? Nie miałabym nic przeciwko gdyby nie to, że zaliczyłam z nim, chwileczkę przed nim wtopę stulecia, a nawet dwie. Idę nieco szybciej niż reszta, która nadal ze śmiechem na ustach wspomina przed chwilą zaistniałą sytuację.
-Doprawdy zabawne! i zapominając kompletnie o chłopaku, którego imienia nadal nie poznałam kontynuuje- Ja się tu błaźnie, siedzę na tym boskim kolesiu, a wy nawet nie ratujecie mnie z opresji! Tylko skazujecie na wieczne drwiny. On, to mnie chyba do końca życia zapamięta mówię komicznie gestykulując rękoma. Nagle słyszę chrząkanie.
-Ekhem. Ten, tutaj z dwóch palców robi cudzysłów- "boski koleś" myśli, że całkiem słodko się denerwujesz. Uśmiecha się, a ja czerwienieje jak truskawki na lato. Wtopa numer trzy. Jeszcze chwila, a braknie mi strony w pamiętniku, żeby to wszystko spisać.
-Jasne, odpyskuje i lekko popycham na bok. Na moje nieszczęście w ostatniej chwili przed drugim już upadkiem łapie mnie za rękę i razem lądujemy w zaspie. No i znów! Zero pomocy od tej dwójki idiociątek, których dzisiaj mam serdecznie dosyć, znów stoją opierając się jedno o drugie aby nie upaść od śmiechu. Zgarniam biały puch z twarzy i usiłuję się podnieść kiedy za biodra chwyta mnie den niewiarygodniekurkaprzystojny chłopak. Kurczowo się mnie trzyma i zaczyna swoją krótką przemowę.
-Powaliłaś mnie nie tylko siłą, ale i urodą honey.
-Honey? Nieźle masz powiedzonka, pewnie tak samo zwracasz się do swojej dziewczyny. Właśnie czy to nie do niej szedłeś?
-No proszę, już jesteś zazdrosna?
-Wcale nie zazdrosna!
-Nie mam dziewczyny słodka złośnico, mówi pstrykając mnie w nos, a ja kolejny raz tego popołudnia się czerwienię. Wcale nie obchodziła mnie informacja o jego stanie cywilnym, jak dla mnie mógł mieć nawet żonę i dwójkę dzieci, chociaż... muszę przyznać że trochę mnie to ucieszyło. Kiedy widzi jak się czerwienię puszcza wreszcie moje oplecione rękoma biodra i pomaga wstać. Idziemy nadal w stronę budynku miejscowego kina, w drodze nie spotykają nas już żadne dla jednych mniej, dla drugich bardziej zabawne sytuacje.
Przeszliśmy przez próg wypełnionego po brzegi kina i ustawiliśmy się w kolejce.
-Tak właściwie to na co idziemy? Odezwała się Liz.
-Uprowadzona 3? Spytał nowy znajomy, a kiedy wszyscy się zgodzili bilety można było kupić.
-Do filmu jeszcze niecała godzina, co robimy?
-Ja i Jack idziemy po książkę dla mamy, spotkamy się przed salą! Wykrzyczała oddalająca się brunetka. Z niechęcią i niepewnością spojrzałam na mojego jak się okazało towarzysza.
-To co chcesz robić złośnico?
-Wcale nie jestem złośnicą! A tak w ogóle to mam imię i nie miałabym nic przeciwko gdybyś zaczął go używać.
-Też chciałbym go używać, ale nie wiem czy wiesz- nie znam go.
-No ładnie... Bailey jestem, a ty mój wkurzający towarzyszu?
-Wkurzający? Wkurzający? Skoro tak bardzo Cię denerwuje nie zaprzątaj sobie mną głowy, bye. Znam go krótko, ale pierwszy raz wyglądał tak poważnie. Po swoich słowach udał się w stronę wyjścia.
-Ejj helou? Nie zostawiaj mnie samej! To nie fair! Przepraszam Cię... Krzyczałam biegnąc za nim. Nagle upadłam jak długa i leżałam przed wyjściem. On szybko zawrócił i w niecałe trzy sekundy znalazł się obok mnie.
-Matko, nic Ci nie jest? Chciałem się z Tobą podroczyć, a ty znów bawisz się w ofiarę.
-Ofiarę?! Przypominam, że to ty leżałeś już dziś dwa razy.
-Zauważ, że ty też Bailey. Moje dziwne imię w jego ustach zabrzmiało tak dźwięcznie, że mógłby to być mój nowy budzik, niestety obawiam się, że miałabym duże kłopoty aby rankiem wstać.
-Ugh. Niech Ci będzie, jest remis i nie wiem jak ty nie mam zamiaru już dzisiaj lądować na tej zimnej ziemi wskazałam, a on odpowiedział cichym śmiechem. Weszliśmy do jednego ze sklepów i kiedy przeglądałam koszulki, które jak dla mnie nie miały żadnego sensu w tym co przekazywały on postanowił się wygłupić. Założył jedną z sukienek i z przebieralni postanowił mnie zawołać.
-Bailey! Bailey! Jak wyglądam? Krzyczał a ja nie wiedząc o co chodzi zmierzałam niepewnie w jego stronę. Kiedy zobaczyłam zbiorowisko śmiejących się ludzi, a na końcu jego w niebieskiej sukience wieczorowej o mało co nie straciłam przytomności od powstrzymywania śmiechu.
-No cóż, nie jest źle.
-Masz racje kochanie, ty wyglądałabyś lepiej. chociaż nie... Najlepiej wyglądasz bez tego wszystkiego powiedział, a rozbawieni dotychczas ludzie zaczęli pogwizdywać. Obróciłam się na pięcie i chciałam go uderzyć, ale zablokował mój cios. Położył rękę na dół i dał buziaka w policzek. Gdyby nie to że był to cholernie słodki pocałunek pewnie dostałby kopa między nogi. Bez słowa opuściłam sklep, a on ściągając w biegu suknie pobiegł za mną.
-Ej, ej poczekaj
-Na co mam czekać aż znów nieproszony skradniesz mi buziaka?
-Nie mów że Ci się nie podobało
-Podobało, nie podobało ja nawet nie znam twojego imienia! A ty całujesz mnie na oczach tylu ludzi.
-Po pierwsze jestem David, rzekł całując mnie w ręke, a po drugie... nie wyglądasz na osobę która przejmuje się opinią innych.
-Bo wcale się nie przejmuje. Ludzie... Ludzie strasznie dużo sobie dopowiadają, a ja nigdy nawet nie starałam się sprostać ich wymaganiom. Albo ktoś mnie akceptuje taką jaka jestem, albo niech w ogóle się nie wypowiada i nie stara o moją przyjaźń.
-No popatrz, jesteśmy całkiem podobni. Tyle, że ja mam nieco więcej poczucia humoru.
-Twierdzisz, że nie umiem być zabawna? Ty mnie na prawdę nie znasz... I kiedy opowiadałam zabawną anegdotę z życia naszej trójki pozostałe dwie trzecie mnie wróciły bez książki.
-A książka dla mamy to gdzie?! Elizabeth i Jack patrzyli na siebie, a ja nie wierzyłam ze mi to zrobili, że zrobili to specjalnie, a to świnie... Ale w sumie kochane świnie pomyślałam.
-Wiesz, skończył im się nakład to strasznie popularna książka, wybuchnęło w końcu któreś z nich.
-Ah tak? Bardzo ciekawe. Idziemy na ten film?
-Jasne! Wykrzyczeli i obejmując się w ten ich "braterski" sposób poszli przed nami. Pech chciał, że siedziałam obok Davida, bo to oni jako pierwsi weszli na salę i wybrali najbardziej dogodne dla siebie miejsca. Przystanęłam na chwilę i już mieli problem.
-Siadasz na krześle czy wolisz kolana? Spytał mnie David.
-Nie dziękuje, wybiorę jednak krzesło powiedziałam i rozbierając kurtkę usiadłam. Film może i był ciekawy, ale mnie dużo bardziej wciągnęła rozmowa z nowym znajomym. Jak się okazało dużo nas łączyło, wcale nie był taki bezczelny i pewny siebie na jakiego się zapowiadał...
_________________________________________________________________________________
Nooo i jest numer 1 :)
Mam nadzieję, że chociaż trochę się podobał i po cichu liczę na kilka komentarzy z waszej strony :)
Bo następny rozdział pojawi się dopiero gdy ujrzę parę :)
Pozdrawiam ~Oluu
-Czy ty skończysz wreszcie myśleć? Zagaja Jack i rzuca we mnie sporej wielkości kulą za śniegu.
-Teraz to pożałujesz! Wykrzykuję i chcąc trafić w niego, trafiam w przechodzącego obok chłopaka, który pod wpływem niespodziewanego uderzenia pada na ziemię.
-Oooo mój Boże! Ja... Ja bardzo przepraszam, to nie celowo, mówię pod wpływem nerwów, a on z uśmiechem otrzepuje twarz. I przysięgam na wszystko, że to jest najpiękniejszy uśmiech jaki kiedykolwiek widziałam. On rozbawiony całą sytuacją przypatruje się mi.
-Coś ze mną nie tak? Pytam zażenowana.
-Nie, nic ale chciałbym wskazać, że siedząc na mnie uniemożliwiasz mi wstanie, a wiesz śnieg jakoś szczególnie przyjazny nie jest i moczy mi ubranie. No ładnie. Większej wtopy chyba nie mogłam sobie zafundować, słyszę teraz tylko dwójkę przyjaciół, którzy o mało co nie składają się ze śmiechu.
-W ramach przeprosin zapraszamy do kina stary, no i sorry że oberwałeś za mnie, mówi Jack podając nieznajomemu rękę, a ja nie dowierzam. Mam spędzić z tym niewiarygodnie, nieziemsko, cudownie przystojnym kolesiem popołudnie? Nie miałabym nic przeciwko gdyby nie to, że zaliczyłam z nim, chwileczkę przed nim wtopę stulecia, a nawet dwie. Idę nieco szybciej niż reszta, która nadal ze śmiechem na ustach wspomina przed chwilą zaistniałą sytuację.
-Doprawdy zabawne! i zapominając kompletnie o chłopaku, którego imienia nadal nie poznałam kontynuuje- Ja się tu błaźnie, siedzę na tym boskim kolesiu, a wy nawet nie ratujecie mnie z opresji! Tylko skazujecie na wieczne drwiny. On, to mnie chyba do końca życia zapamięta mówię komicznie gestykulując rękoma. Nagle słyszę chrząkanie.
-Ekhem. Ten, tutaj z dwóch palców robi cudzysłów- "boski koleś" myśli, że całkiem słodko się denerwujesz. Uśmiecha się, a ja czerwienieje jak truskawki na lato. Wtopa numer trzy. Jeszcze chwila, a braknie mi strony w pamiętniku, żeby to wszystko spisać.-Jasne, odpyskuje i lekko popycham na bok. Na moje nieszczęście w ostatniej chwili przed drugim już upadkiem łapie mnie za rękę i razem lądujemy w zaspie. No i znów! Zero pomocy od tej dwójki idiociątek, których dzisiaj mam serdecznie dosyć, znów stoją opierając się jedno o drugie aby nie upaść od śmiechu. Zgarniam biały puch z twarzy i usiłuję się podnieść kiedy za biodra chwyta mnie den niewiarygodniekurkaprzystojny chłopak. Kurczowo się mnie trzyma i zaczyna swoją krótką przemowę.
-Powaliłaś mnie nie tylko siłą, ale i urodą honey.
-Honey? Nieźle masz powiedzonka, pewnie tak samo zwracasz się do swojej dziewczyny. Właśnie czy to nie do niej szedłeś?-No proszę, już jesteś zazdrosna?
-Wcale nie zazdrosna!
-Nie mam dziewczyny słodka złośnico, mówi pstrykając mnie w nos, a ja kolejny raz tego popołudnia się czerwienię. Wcale nie obchodziła mnie informacja o jego stanie cywilnym, jak dla mnie mógł mieć nawet żonę i dwójkę dzieci, chociaż... muszę przyznać że trochę mnie to ucieszyło. Kiedy widzi jak się czerwienię puszcza wreszcie moje oplecione rękoma biodra i pomaga wstać. Idziemy nadal w stronę budynku miejscowego kina, w drodze nie spotykają nas już żadne dla jednych mniej, dla drugich bardziej zabawne sytuacje.
Przeszliśmy przez próg wypełnionego po brzegi kina i ustawiliśmy się w kolejce.
-Tak właściwie to na co idziemy? Odezwała się Liz.
-Uprowadzona 3? Spytał nowy znajomy, a kiedy wszyscy się zgodzili bilety można było kupić.
-Do filmu jeszcze niecała godzina, co robimy?
-Ja i Jack idziemy po książkę dla mamy, spotkamy się przed salą! Wykrzyczała oddalająca się brunetka. Z niechęcią i niepewnością spojrzałam na mojego jak się okazało towarzysza.
-To co chcesz robić złośnico?
-Wcale nie jestem złośnicą! A tak w ogóle to mam imię i nie miałabym nic przeciwko gdybyś zaczął go używać.
-Też chciałbym go używać, ale nie wiem czy wiesz- nie znam go.
-No ładnie... Bailey jestem, a ty mój wkurzający towarzyszu?
-Wkurzający? Wkurzający? Skoro tak bardzo Cię denerwuje nie zaprzątaj sobie mną głowy, bye. Znam go krótko, ale pierwszy raz wyglądał tak poważnie. Po swoich słowach udał się w stronę wyjścia.
-Ejj helou? Nie zostawiaj mnie samej! To nie fair! Przepraszam Cię... Krzyczałam biegnąc za nim. Nagle upadłam jak długa i leżałam przed wyjściem. On szybko zawrócił i w niecałe trzy sekundy znalazł się obok mnie.
-Matko, nic Ci nie jest? Chciałem się z Tobą podroczyć, a ty znów bawisz się w ofiarę.
-Ofiarę?! Przypominam, że to ty leżałeś już dziś dwa razy.
-Zauważ, że ty też Bailey. Moje dziwne imię w jego ustach zabrzmiało tak dźwięcznie, że mógłby to być mój nowy budzik, niestety obawiam się, że miałabym duże kłopoty aby rankiem wstać.
-Ugh. Niech Ci będzie, jest remis i nie wiem jak ty nie mam zamiaru już dzisiaj lądować na tej zimnej ziemi wskazałam, a on odpowiedział cichym śmiechem. Weszliśmy do jednego ze sklepów i kiedy przeglądałam koszulki, które jak dla mnie nie miały żadnego sensu w tym co przekazywały on postanowił się wygłupić. Założył jedną z sukienek i z przebieralni postanowił mnie zawołać.
-Bailey! Bailey! Jak wyglądam? Krzyczał a ja nie wiedząc o co chodzi zmierzałam niepewnie w jego stronę. Kiedy zobaczyłam zbiorowisko śmiejących się ludzi, a na końcu jego w niebieskiej sukience wieczorowej o mało co nie straciłam przytomności od powstrzymywania śmiechu. -No cóż, nie jest źle.
-Masz racje kochanie, ty wyglądałabyś lepiej. chociaż nie... Najlepiej wyglądasz bez tego wszystkiego powiedział, a rozbawieni dotychczas ludzie zaczęli pogwizdywać. Obróciłam się na pięcie i chciałam go uderzyć, ale zablokował mój cios. Położył rękę na dół i dał buziaka w policzek. Gdyby nie to że był to cholernie słodki pocałunek pewnie dostałby kopa między nogi. Bez słowa opuściłam sklep, a on ściągając w biegu suknie pobiegł za mną.
-Ej, ej poczekaj
-Na co mam czekać aż znów nieproszony skradniesz mi buziaka?
-Nie mów że Ci się nie podobało
-Podobało, nie podobało ja nawet nie znam twojego imienia! A ty całujesz mnie na oczach tylu ludzi.-Po pierwsze jestem David, rzekł całując mnie w ręke, a po drugie... nie wyglądasz na osobę która przejmuje się opinią innych.
-Bo wcale się nie przejmuje. Ludzie... Ludzie strasznie dużo sobie dopowiadają, a ja nigdy nawet nie starałam się sprostać ich wymaganiom. Albo ktoś mnie akceptuje taką jaka jestem, albo niech w ogóle się nie wypowiada i nie stara o moją przyjaźń.
-No popatrz, jesteśmy całkiem podobni. Tyle, że ja mam nieco więcej poczucia humoru.
-Twierdzisz, że nie umiem być zabawna? Ty mnie na prawdę nie znasz... I kiedy opowiadałam zabawną anegdotę z życia naszej trójki pozostałe dwie trzecie mnie wróciły bez książki.
-A książka dla mamy to gdzie?! Elizabeth i Jack patrzyli na siebie, a ja nie wierzyłam ze mi to zrobili, że zrobili to specjalnie, a to świnie... Ale w sumie kochane świnie pomyślałam.
-Wiesz, skończył im się nakład to strasznie popularna książka, wybuchnęło w końcu któreś z nich.
-Ah tak? Bardzo ciekawe. Idziemy na ten film?
-Jasne! Wykrzyczeli i obejmując się w ten ich "braterski" sposób poszli przed nami. Pech chciał, że siedziałam obok Davida, bo to oni jako pierwsi weszli na salę i wybrali najbardziej dogodne dla siebie miejsca. Przystanęłam na chwilę i już mieli problem.
-Siadasz na krześle czy wolisz kolana? Spytał mnie David.
-Nie dziękuje, wybiorę jednak krzesło powiedziałam i rozbierając kurtkę usiadłam. Film może i był ciekawy, ale mnie dużo bardziej wciągnęła rozmowa z nowym znajomym. Jak się okazało dużo nas łączyło, wcale nie był taki bezczelny i pewny siebie na jakiego się zapowiadał...
_________________________________________________________________________________
Nooo i jest numer 1 :)
Mam nadzieję, że chociaż trochę się podobał i po cichu liczę na kilka komentarzy z waszej strony :)
Bo następny rozdział pojawi się dopiero gdy ujrzę parę :)
Pozdrawiam ~Oluu


<3 ! zdolniacha ~Szumi
OdpowiedzUsuńAle jesteś zdolna! Tak się zaczytałam, że nie dało się mnie oderwać od telefonu!!! Gratuluję i z niecierpliwością czekam na więcej ❤❤❤ A teraz idę zaobserwować :)
OdpowiedzUsuń